Przekręt wszechczasów część XVII

Lichwa c.d.

O co chodzi z tymi rolami i "czapkami" jakie nosimy na co dzień, i co to ma wspólnego z pieniędzmi i bankami?

Otóż, kiedy pojawiamy się w banku - z jakiegokolwiek powodu i jesteśmy jedną ze stron transakcji finansowej, to właśnie ta rola, w jakiej występujemy niesie ze sobą określone uprawnienia i obowiązki - i to się tyczy obu stron.

Kiedy wpłacamy pieniądze na konto jesteśmy w roli depozytora, kogoś, kto przynosi swój majątek do tej instytucji i mamy prawo do naszej własności, jaką są właśnie te pieniądze. Mamy prawo je wybrać, zgodzić się na odsetki na koncie itd. Bank ma obowiązek ochrony tych funduszy i wypłaty na żądanie. Tak jest tylko w teorii, bo w praktyce bywa zupełnie inaczej. Bank może zamknąć swoje wrota i olać depozytorów (Grecja) albo nawet ukraść depozytorom pieniądze z konta (Cypr), więc w praktyce bywa inaczej.

Jaką czapkę nosimy, gdy przychodzimy po kredyt na mieszkanie? Jak już wspominałem wcześniej - zależy kiedy. W momencie kreowania pieniędzy poprzez monetaryzację (nie wiem czy to dobre tłumaczenie, może raczej spieniężenie, ale po Polsku to brzmi niedorzecznie - ang. monetising ) naszej umowy, czyli zamienienia umowy na czek, mamy czapkę kreatora pieniędzy - nasz prywatny kredyt jest źródłem tych pieniędzy.

Kiedy finalizujemy umowę, podpisujemy wszystkie papiery później, mamy na głowie czapkę kredytobiorcy, kogoś, kto dosłownie pożycza pieniądze na mieszkanie. Nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że to jedna i ta sama osoba, o tym nikt wam nie powie. Nawet gdyby, to występując w innej roli mamy przecież inne prawa i obowiązki. I tu jest cały myk, coś czego nikt nas nie nauczył we wspaniałym systemie de-edukacji państwowej, i nie przez przypadek zresztą.

Więc jeżeli po tych wszystkich zabiegach Jaś ma mieszkanie, ma też kredyt, co się więc stało z tym Jasiem, który stworzył owe pieniądze, występując w roli kreatora, tego który własnym podpisem stworzył całe fundusze na swoje wymarzone M?

Odpowiedź jest bardzo krótka, i banalnie prosta – zniknął i nigdy się już nie pojawił. Zupełnie tak, jak CEO Coca Coli, nie przyjdzie do pracy, już nigdy, bo mu się odwidziało. Czy zniknął z planety? Nie. Czy żyje i ma się świetnie - pewnie tak, po prostu zrezygnował ze swojej roli, od dzisiaj nie obchodzi go co się dzieje w firmie, ta rola jest dla niego skończona.

To właśnie się stało z naszym Jasiem i jego rolą kredytotwórcy - stworzył fundusze, powierzył je bankowi i zniknął z wizji - już się więcej nie pojawił, ani razu. Te fundusze, podejrzewam, są traktowane jako darowizna, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zaksięgować taki asset żeby nie należał do Jasia.

Po "kredyt" Jaś przychodzi w roli potrzebującego, mimo że to on sam jest kreatorem tychże funduszy - dzisiaj, przy podpisywaniu "pożyczki" ani on, ani pani z banku o tym nie mówią, oboje nie mają o tym pojęcia tak naprawdę. Jaś "pożycza" pół miliona i od jutra zakłada chomąto na swoją głowę i tak mu zostanie przez następne 25 lat...

Tu się kończy rola Jasia, został jednym z milionów ludzi, którzy sami sfinansowali swoje domy, a tyrają tylko po to, żeby system miał luksus, a bankierzy karmany wypchane pieniędzmi. Nikogo nie dziwi fakt, że jak walnęło w 2008 i multum banków ogłosiło padakę - to szefowie tych złodziejskich instytucji odchodząc pobrali multimilionowe odprawy? Skąd? Jeżeli bank jest na krawędzi niewypłacalności - skąd miliony dla bossów?

Ten cały krach bankowy to sfingowana reżyserka, nic więcej, bo skoro żaden bank nie stracił ani dolara "pożyczając" dosłownie nic - to jakie mogą mieć straty? Żadne - właśnie takie. A że wypchali system tzw. SPV i deratywami powstałymi na podstawie nie istniejących "pożyczek" to już ich problem, ale za to beknął szary Jaś i miliony innych.

Do rzeczy, po co nam to wszystko wiedzieć tak naprawdę? Ano po to, żeby móc odebrać swoje pieniądze. Nie będę udzielał dokładnych instrukcji jak to zrobić, jest już tyle materiału, że kto zechce, rozkmini to sam. I dodam, że te artykuły nie są poradami prawnymi jak się pozbyć pożyczek, mimo, że można z nich wyciągnąć poprawne wnioski jak się do tego zabrać.

Napiszę tylko kilka ciekawostek na ten temat, a każdy zrobi z tym co zechce.

Tak jak powiedziałem wcześniej - nie udzielam rad prawnych, więc wszystkie decyzje jakie ktokolwiek podejmie w tym temacie - robi na swoją odpowiedzialność.

Proszę tylko pamiętać o jednym - jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby oddalić kredyt bez uprzedniego poważnego studiowania tematu - to już ostrzegam, że będzie to bolesna lekcja i najprawdopodobniej znajdzie się na ulicy.

Czy jest to w ogóle możliwe? Oczywiście, ja sam znam osobiście ludzi, którzy to zrobili, co prawda w UK, ale system bankowy w bloku IMF jest wszędzie niemal jednakowy.

Oto kilka ciekawostek na ten temat, które mogą się przydać w studiowaniu tematu.

  1. Jeżeli podstawą powstania "kredytu" jest podpis Jasia, i bank nie udziela żadnej pożyczki tylko monetaryzuje (tłum. - monetising) umowę Jasia zgodnie z bills of exchange act - to co to znaczy?

Ano znaczy to, że jeżeli bank niczego nie pożyczył, nie ma prawa żądać niczego z powrotem - proste. Jeżeli ja, tylko udaję, że pożyczam ci 100, ale tak naprawdę ci tej stówy nie dałem, to czy mam prawo wołać, żebyś mi oddał tę stówę - plus odsetki? Chyba raczej nie, wydaje mi się.

  1. Skoro bank nie miał tych funduszy, to jak mógł je Jasiowi pożyczyć? Nie mógł.
  2. Jeżeli wg prawa można żądać odsetek tylko wtedy, kiedy występuje ryzyko strat, to jakim prawem bank, nie dość, że nic nie pożyczył Jasiowi, żąda nie tylko tej sumy z powrotem, ale jeszcze paręset procent extra????

Proste pytania wydawałoby się, ale proszę mi wierzyć - trzeba by było pójść bardzo wysoko na drabinie władzy bankowej, żeby otrzymać odpowiedzi. Ja znam kilka osób, które wykładają bankowość, i po 15 minutach rozmowy - stali się bladzi jak ściana, nie mają pojęcia o co chodzi, a często nawet zaprzeczają, nie mając żadnych dowodów na obalenie tych tez - tylko dlatego, że to burzy ich cały świat, fundament zrozumienia, i tak naprawdę zmusza do tego, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć osła w odbiciu.

Miałem również okazję poznać bardzo wpływowego bankiera z CITI, i po krótkiej rozmowie spławił mnie bardzo szybko, myślę, że dobrze wie o czym mówię, bo wytrzeszczył gały i omija mnie wielkim łukiem od naszej rozmowy.

Co dalej z tymi informacjami?

Pamiętacie artykuły na temat prawa kontraktowego? Te warunki kontraktu, bez których ŻADEN kontrakt nie może być ratyfikowany? OK, dla przypomnienia:

- full disclosure: czyli kawa na ławę, WSZYSTKIE informacje przed podpisaniem umowy. Nie muszę dodawać, że w umowie "kredytowej" wszystkie ważne rzeczy są ukryte, prawda?

- Equal consideration: czyli obie strony wnoszą do umowy coś wartościowego... my wnosimy nasz prywatny kredyt wart pół miliona, a bank? A bank wnosi obowiązek dla nas - pracy przez następne 25 lat, po to żeby spłacić nieistniejącą "pożyczkę"... nie ryzykując dosłownie nic, bo nic nam nie dali.

Jeszcze kilka ciekawych rzeczy odnośnie procesu udzielania "pożyczki" i punktów 1, 2, 3.

Ad. 1. Co się stało z umową Jasia, która dała życie funduszom? Warto by było o to zapytać bank. I nie przez telefon, pisemnie, do najwyższej osoby jaką tam znajdziecie. Umówić się na spotkanie, żeby zobaczyć swoją umowę, pierwszą, z własnoręcznym podpisem. Ja obstawiam, że spławią was z kwitkiem, na zachodzie dochodzi do tego, że banki mówią, że nie mają już tej umowy, potrafią powiedzieć nawet, że zgubili... tylko że ta umowa, to własność Jasia i bank nie ma prawa z nią nic zrobić bez zgody Jasia (co prawda, w umowie ukryte jest pełnomocnictwo prawne do tej umowy, o tym napiszę później).

Kiedy i jeżeli w ogóle tam się znajdziecie, popatrzcie na tę umowę, czy jest coś w niej innego, niż było w dzień podpisania. Jeżeli w ogóle ją zobaczycie, będzie podbita niczym czek (endorsement) właśnie po to, żeby posłużyć jako depozyt na nowiutkie konto.

Jeszcze mała ciekawostka - jeżeli nie ma umowy - nie ma "kredytu"... to chyba zrozumiałe? Jeżeli bank twierdzi, że Jaś wisi pół miliona, a nie ma na to dowodu, bo wszystko co posiada w swoich archiwach, to kopie, skany, wydruki, a nie PRAWDZIWA I ORYGINALNA umowa, którą podpisał Jaś własną ręką - nie ma żadnej pożyczki... Jaś nie wisi ani centa. Ciekawe prawda?

Jeżeli ta umowa jest, ale istnieje w innej postaci niż kiedy ją podpisał Jaś, czyli ma jakieś stemple, daty, extra podpisy i tak dalej - to już nie jest ta sama umowa. Ten dokument został zmieniony, i nie można go użyć jako dowodu istnienia "kredytu", umowy nie ma...

  1. 2. Skoro bank nie miał tych pieniędzy zanim Jaś podpisał umowę, to chyba byłoby mądrze ich zapytać. Oczywiście pisemnie, do wysokiego bankowca w tej placówce, bo pani Jadzia w okienku nie będzie miała zielonego pojęcia o czym mówcie. Takie proste pytanie, zaadresowane imieniem i nazwiskiem: czy może pan/pani potwierdzić, że fundusze na moją "pożyczkę" znajdowały się w posiadaniu banku? Czy jest pani/pan gotowy potwierdzić to pisemnie pod przysięgą, jeżeli zajdzie taka konieczność?

Będą wracać bardzo dziwne odpowiedzi, albo żadne, warto spróbować, w cztery oczy zwłaszcza, zobaczyć jak się bankier zaczyna pocić (przed wyjściem - podpis i odpowiedź na papierze).

ad.3. Jeżeli odsetki mogą być zaaplikowane wyłącznie wtedy, kiedy pożyczający ryzykuje swój majątek - to kiedy bank cokolwiek zaryzykował, nie dając Jasiowi zupełnie nic? To jest ciekawy temat, i rozkładając całą akcję "kredytowania" na części pierwsze - można nawet tępemu bankowcowi pokazać, że jest jakiś problem w tym całym obrazku.

To jest tylko kilka rzeczy na temat "kredytu" na mieszkanie, prawda jest taka, że jest więcej sposobów niż jeden na wyzerowanie takiej pożyczki. Znam przypadki kiedy wyjątkowo dociekliwi "kredytobiorcy" dostawali różne oferty od swoich banków w zamian za zamkniecie mordy. Niektórzy ciągnęli aż do sądu, gdzie bank po prostu się nie pojawiał, niektórzy dostawali ofertę obcięcia "pożyczki" o 50%, czasem nawet 70% i oczywiście tzw. non disclosure agreement - czyli umowa o zamkniecie jadaczki pod groźbą więzienia za jej złamanie. Niektórzy nie musieli spłacać już ani grosza, niemniej jednak walka była długa i zacięta.

Proszę nie brać za wyrocznię tego co opisuję, wszystko czym się dzielę, to zbiór informacji, które ludzie w innych krajach udostępniają, ludzie którzy mają w tym doświadczenie, którzy sami przeszli przez tę drogę, często do samego końca.

Proszę samemu zrobić dochodzenie w każdym temacie, nie tylko w tym, to są wskazówki, ciekawostki, których ja jestem pewien, ale dopiero jak sam zrobię proces tak wielki jak "pożyczka" na nieruchomość i wygram - wtedy udostępnię szczegóły - krok po kroku.

Na razie zastosowałem metodę "nie ma umowy - nie ma pożyczki" ratując mojego kolegę. On jakiś czas temu wziął "kredyt" z banku na rozwinięcie biznesu, który mu niestety nie wyszedł. Przestał spłacać tę "pożyczkę", bank po jakimś czasie sprzedał ją firmie windykacyjnej - nie jednej zresztą i zaczęła się łapanka.

Był już czas, kiedy na drzwiach miał naklejkę z firmy windykacyjnej, że niedługo przychodzą wynosić rzeczy z domu.

Jak to zrobiliśmy? Bardzo prosto. Wiadomo, że bank nie pożyczył mu żadnych pieniędzy, owa umowa zamieniona na czek popłynęła już w siną dal, razem w SPV i dalej na market. Więc bank już jej dawno nie miał. Nie miał jej też w dniu, w którym odsprzedał "pożyczkę" firmie windykacyjnej za jakieś pestki.

Wiec wysmarowaliśmy fajne pismo do tejże firmy o treści mniej więcej takiej:

" ...bardzo chętnie ureguluję mój rzekomy dług, jaki firma x próbuje ode mnie wyegzekwować, niemniej jednak, aby być zupełnie w zgodzie z prawem, mam tylko jedno żądanie: proszę potwierdzić swoje roszczenia poprzez dowód istnienia tejże rzekomej pożyczki, bardzo proszę o spotkanie, gdzie przedstawiciel pańskiej firmy pokaże mi ową umowę, z moim własnoręcznym podpisem. Jeżeli twierdzi, że to był bank xy, i w jego imieniu następuje windykacja - ów bank powinien posiadać tę umowę.

Zaraz po tym, jak upewnię się, że mają państwo w posiadaniu podstawę do swoich roszczeń - moją umowę o rzekomy kredyt - szybko pobiegnę do bankomatu wybrać pieniądze, żeby wam je wpłacić".

Bardzo ciekawa odpowiedz nadeszła od tych ludzi:

"…pokażemy wam tę umowę, jak zapłacicie nam £1"...

Prawda, że ciekawe? Po co chcą 1£??? Przecież chcą odebrać tysiące...

To jest temat na osobny artykuł, powiem tylko tyle, że gdybyśmy dali im tego 1£, to pies byłby pogrzebany i mój kolega musiałby spłacać ten fikcyjny dług. Nie daliśmy im nic, bo to oni mają roszczenia i obowiązek udowodnienia ich prawdziwości. Zniknęli jak kamfora, wszyscy. Od czasu do czasu mój kolega dostanie pismo od jakichś innych bidaków (windykatorów), którzy byli na tyle głupi, żeby odkupić po raz kolejny tę "pożyczkę", której nikt nie może ściągnąć.

Tyle, nikt mu niczego nie zabrał, nie zabrał z konta, z wypłaty, z domu. Jeden list i hieny zniknęły całkowicie.

To nie koniec, wg prawa - jeżeli ktoś ma roszczenia bezpodstawne - a taka firma windykacyjna nie mając umowy ORYGINALNEJ ma tylko takie roszczenia - można im dowalić i to zdrowo.

Wg prawa, ten kto ma nieprawdziwe roszczenia, może być ukarany 3+1, czyli - firma terroryzująca mojego kumpla musiałaby zapłacić mu 3xoryginalną sumę+tę sumę. Czyli jak go ścigali za 20 000£, on poprzez dosyć prosty proces mógł od nich wyciągnąć 80 000£. Nie miał ochoty, ucieszył się tylko, że się odwalili.

cdn.